Zapraszanie kogoś do kontaktu wydaje się być w świecie online bardzo naturalną sprawą. Nic jednak bardziej mylnego! Gdy zapraszam kolejną osobę do kontaktu na LinkedIn, to nigdy nie wiem, co się stanie :) Kiedyś też doznałem ciekawego szoku! Ale po kolei.

Mam wrażenie, że LinkedIn jest bardzo niezrozumiany przez ludzi, którzy nie wchodzą tam zbyt regularnie. Spora część osób zakłada tam konta traktując cały serwis, jako bazę CV online. I jest to prawda – jest to spora część funkcjonalności serwisu i jego faktyczne korzenie. Zresztą dlatego może właśnie jest tam chyba najwięcej osób z HR i sprzedawców, którzy szukają nowych odbiorców dla swoich produktów.

Ja jednak jestem w branży eventowej (MICE), która w Polsce nie przesiąknęła jeszcze digitalem i większość naprawdę dobrych kontaktów po prostu podtrzymuje się face-to-face, albo na kawie czy lunchu, albo po prostu na spotkaniach branżowych.

Moje podejście

Parafrazując fenomenalnego Jacka Walkiewicza[1]: Jestem z pokolenia, które zobaczyło internet przy wchodzeniu w dorosłość. Dobrze znam zatem i świat kontaktów bezpośrednich, jak i cyfrowych. I jedne i drugie lubię i być może jest to kwestia mojej osobowości, ale staram się być otwarty na ludzi, na ile mam możliwość.

Gdy zapraszam kogoś do kontaktu w LinkedIn, to jest to wynik jednej z dwóch możliwości:

1) Poznałem tę osobę fizycznie, nawet jeśli po prostu zamieniliśmy dwa zdania przy kawie na konferencji.

2) Chcę poznać tę osobę, najczęściej bo jest z tej samej branży i istnieje szansa, że się spotkamy albo będziemy współpracować.

Wysłanie zaproszenia do kontaktu na LinkedIn to dla mnie powiedzenie „Dzień dobry”. Często nie mam (jeszcze) żadnego tematu, jaki chcę poruszyć z daną osobą, więc pisanie wiadomości ręcznej mija się trochę z celem, bo będzie brzmiało dosłownie „Chcę dodać Cię do kontaktów, by zobaczyć kim jesteś i poznać Cię ciut bliżej”.

Nie chodzi tutaj o wciskanie komukolwiek ofert, bo dużo bardziej wierzę w sprzedaż bez sprzedawania (http://happycontent.pl/edukacja/ ) niż w masowe wysyłanie załączników do wszystkich swoich kontaktów.

Zawsze chodzi mi o lepsze poznanie osób, z którymi mogę współpracować. Chcę zobaczyć co piszą, co polecają, jak dyskutują i jakie mają opinie. Dzięki temu mogę z nimi trochę porozmawiać w publicznych miejscach (prawie jak przy kawie) i potem, kto wie, może przekuć to w naprawdę ciekawą i wartościową znajomość.

A teraz efekty 🙂

Ku mojemu zdziwieniu, zauważalna część wysłanych zaproszeń w ogóle nie zostaje otworzona. Dla mnie jest to prosty znak, że jest to ktoś, kto wchodzi tam bardzo rzadko, a być może dodatkowo ma jeszcze wyłączone powiadomienia.

Ale to jeszcze nic. Połowa osób, których nie znam osobiście, nie wchodzi nawet na mój profil. Większość kliknęła „akceptuj” zupełnie w ciemno. Ok, ja też tak często robię. Trochę pusty strzał, ale może uda się tę osobę zainteresować np. jakimś artykułem z mojego bloga, jakie na LinkedIn publikuję.

Dosłownie kilka osób odrzuciło też moje zapytania. Akceptuję taki stan rzeczy bez problemu 🙂 Może ktoś nie był zainteresowany mną, albo należy do tej dziwnej grupy ludzi, którzy LinkedIn traktują jak Facebooka i mają tutaj po prostu tylko swoich fizycznych znajomych.

Jak się bronić przez zaproszeniami

Największe moje zdziwienie było wobec osób, które otworzyły moje zaproszenie, weszły na mój profil i z zaproszeniem nie zrobiły nic (sic!). Nie zostałem ani odrzucony, ani zaakceptowany. Nie wiem co o tym myśleć, ale mam wrażenie, że hasło przewodnie takiego zachowania to „niech wisi!” 🙂

Podobno LinkedIn ogranicza ilość „wiszących” zaproszeń do 500 (a przynajmniej tak przeczytałem kiedyś w artykule na ten temat, bo sam nie zbliżyłem się jeszcze do tej liczby), więc może jest to po prostu podejście w stylu „niech ten pan już nikogo więcej nie zaprasza” 🙂 🙂 🙂

Od razu też nasuwa się mi scena z serialu Kariera Nikodema Dyzmy (ręka w górę, kto pamięta!): wchodzi ktoś do gabinetu Prezesa Dyzmy i pyta o jego decyzję w sprawie. Na to Dyzma: „Decyzja nie jest odmowna. Sprawa jest w załatwianiu!”.

Podobnie rzecz wygląda na Facebooku. Mianowicie: Jeśli ktoś kliknie „Lubię” dla jakiejś strony, to oznacza, że przynajmniej na ten moment znalazł na niej coś, co go przekonało do tej marki, czy produktu. Jeśli jednak kliknie jedynie „Obserwuj”, to brzmi to trochę jak „Jesteś brany pod uwagę, nie spieprz tego”. 🙂

Dobrze! Będę starał się bardziej 🙂 Do zobaczenia na LinkedIn!

[1] https://www.youtube.com/watch?v=ktjMz7c3ke4