WOW to chyba najpowszechniejsza onomatopeja używana w polskiej branży eventów do opisania pożądanego wydarzenia. Jest to bardzo niebezpieczne określenie. Po pierwsze, jest bardzo nieprecyzyjne i nikt nie wie, co tak naprawdę oznacza. Po drugie, często to określenie jest używane wtedy, gdy nie ma żadnego pomysłu na to, co dany event ma faktycznie klientowi dawać. A po trzecie, nie daje żadnych wskazówek do faktycznego zaprojektowania imprezy.

Event może spełniać naprawdę różne funkcje. Nawet jeśli mówimy o samej wieczornej imprezie, a nie o np. wyjeździe integracyjnym, czy konferencji. Jeśli jedynym założeniem imprezy jest „zrobienie wrażenia”, to w dużej mierze jest to zmarnowana szansa, a często i pieniądze.

Można jednak użyć imprezy do budowania marki, utrwalania wizerunku, zbudowania skojarzenia z produktem i jakością usług itd. Wszystkie te rzeczy można zrobić tak, że ostateczny gość imprezy powie „wow”. Ale będzie to tylko skutek uboczny tego, że impreza została świetnie zaprojektowana i wykonana.

Dzisiaj w sprzedaży bardzo dużo poświęca się uwagi ciągłemu up-sell i cross-sell. No i tutaj podstawowe pytanie – czy zaprojektowania imprezy, by spełniała dodatkowe zadania dla marki klienta, poza samym zabawianiem jego gości, to już jest dodatkowa usługa czy nie? Czy w ogóle należy to do zadań agencji, czy ma to wypływać zawsze ze strony klienta, a sama agencja cieszy się po prostu z tego, że może w ogóle urządzić cokolwiek.

Ja osobiście wychodzę z założenia, że warto klienta edukować. Nie zawsze mamy do czynienia z firmami, które mają bardzo rozbudowane działy marketingu i pr i precyzyjnie wiedzą co robią. Często imprezy przygotowywane są dla mniejszych firm, czy instytucji, które czasami nawet nie mają pojęcia o tym, że poprzez event można osiągnąć jakiś wyższy cel, niż tylko ugoszczenie gości, którzy będą potem miło wspominać to wydarzenie i tego klienta.

Tworzenie wydarzeń tylko i wyłącznie dla dobrego zabawienia gości ma ten minus, że jest to jeden wielki wyścig. Jaką najbardziej fantazyjną rzecz jesteśmy w stanie wymyślić w danym budżecie, która w tym roku przebije wszystko to, co klient widział w latach poprzednich (albo z innymi agencjami). Klient jest coraz bardziej wymagający, bo przecież płaci, a dodatkowo jest często coraz mniej lojalny, bo skoro ktoś za rogiem obiecuje mu „to samo” za 10% mniejszą cenę (z 0,1% marży), to przecież nie będzie głupi i zaoszczędzi na imprezie.

Co się jednak stanie, gdy impreza przestanie być tylko samą imprezą? Takie podejście zmienia temat rozmowy. Jeśli faktycznie mamy know-how, by każde wydarzenie klienta tworzyć w taki sposób, by automatycznie dawało wartość dodaną, to nagle wychodzimy poza rzeczy, które da się spisać w rubrykach excela:

Impreza dla pracowników może być tak skonstruowana, by np. budować motywację i pozytywny wizerunek firmy jako lokalnego pracodawcy. Jeśli to się uda, to np. może to poskutkować większą ilością bardziej kompetentnych osób, którzy będą chcieli tam pracować.

Można otworzyć imprezę na mieszkańców i w ten sposób promować programy CSR klienta w lokalnej społeczności.

Każda impreza dla kontrahentów klienta może być prezentacją istniejących produktów, nawet jeśli są one jedynie tłem całości wydarzenia i np. pojawiają się jedynie na roll-upach w korytarzu, albo w miejscu, gdzie goście wychodzą na papierosa.

Ilość takich rozwiązań jest praktycznie nieograniczona. Szczególnie, jeśli know-how eventowy będziemy łączyć z marketingiem i pr. Bo eventy to tak naprawdę bardzo interdyscyplinarna dziedzina. A nawet nie zagłębiamy się tutaj w temat merytoryki eventu, a rozmawiamy o samej jego formie.

Wydarzenia tworzone w ten dojrzały, harmonijny z klientem i dający mu wartość dodaną sposób, oczywiście dalej mogą robić „wow”. Nawet powinny. Każde wydarzenie, które nie robi „wow” jest zmarnowaną szansą i ze strony klienta i agencji. Ale niech to „wow” będzie skutkiem ubocznym, a nie wartością samą w sobie. Bo efekt fajerwerku trwa kilka sekund. A rozsądnie zasadzone drzewo, z czasem rośnie w siłę i daje owoce.