To się musi udać!

Kciuki trzymałem od miesiąca. Byliśmy ze sobą już 2 lata i chyba pora była, żeby się ustatkować. A przynajmniej ona coraz częściej wspominała o tym, ile to jej koleżanek już planuje ślub.

Elegancka kolacja, dobry lokal na Kruczej. Iluzjonista zamówiony. Wszystko gotowe. Nawet sympatycznej kelnerce bardzo spodobał się cały ten pomysł. „Bo to taki właśnie bardzo magiczny moment w życiu…”

No i w końcu jest. Klaudia. Jak zwykle lekko spóźniona, ale pięknym kobietom się wiele wybacza.

Jest miło i sympatycznie. Chyba naprawdę niczego się nie spodziewała.

No i przychodzi ta właściwa chwila…

„Wyczarowany pierścionek? Chyba Cię pogięło!”

Zamurowało mnie.

A potem coś we mnie pękło.

I wiesz co poczułem? Ulgę. To tak, jakby ropa zbierająca się w pryszczu, pod naciskiem nagle wytrysnęła na zewnątrz i poczułem w końcu spokój. Wiesz, ten błogi spokój, gdy czujesz się autentyczny i w zgodzie ze sobą. I wiesz już co masz zrobić.

I nawet nie chodzi o to, że zerwaliśmy. Po prostu w tym jednym momencie dotarło do mnie, że nie chcę już iść na kompromisy z samym sobą. Chcę partnerki w życiu, a nie kogoś, kto będzie wiecznie rozkapryszoną księżniczką. Chcę kogoś, kto cieszy się z małych rzeczy, docenia zrobioną herbatę, przytulenie pod kocem podczas oglądania filmu. Kogoś, kto uwielbia przygody, nawet jeśli nie jest to jeszcze ta wymarzona podróż dokoła świata. Kogoś, kto docenia w życiu magię…

Kątem oka zobaczyłem wtedy Anię, stojącą z tacką przy barze. Wpatrzona w całą tę sytuację z niedowierzaniem i z lekkim rozbawieniem.

Poznanie jej tego samego dnia to naprawdę coś więcej niż przypadek. Już pół roku jesteśmy razem. Mam pewność.

Takie czary 🙂

Przeczytaj również:
A potem całus! Historia jednego triku